Prosta – bo prostota przeważnie trafia tam, gdzie ma trafić. Jak naleśniki trafiają wprost do brzuszka. Strona ta ma stać się istną pamiątką o drodze do spełnienia mojego marzenia – mówiąc jaśniej: o drodze do napisania książki. Tytuł roboczy – i mam nadzieję, że ostateczny – to „O cesarzu, słudze, błaźnie”
Będę robił co w mojej mocy, by pokonać wrodzone lenistwo i antytalent do wypowiadania się i
montowania filmów, i regularnie pisać/nagrywać materiały. O sobie:
Historia mojego życia nie ma jako takiego znaczenia, i myślę, że gdyby rozpisać się co do ciekawszych, unikalnych zdarzeń, które temu (mojemu życiu) towarzyszyły, wszystko zmieściłoby się mniej więcej w trzech zdaniach. Napisanie książki. Zdecydowanie. Napisanie książki było moim marzeniem chyba od zawsze, choć jest to jedynie przenośnia – uściślając, stało się nim, odkąd przeczytałem pierwszy raz świadomie książkę, niewymuszenie. Było to „O psie, który jeździł koleją”. Potem wszystko nabrało tempa: pochłaniałem powieść za powieścią ze szkolnej biblioteki, z biblioteki miejskiej, na dłużej zatrzymując się przy twórczości J.K.Rowling, Stephena Kinga, Andrzeja Sapkowskiego i Terry’ego Pratchetta. Przez wszystkie lata zafascynowany byłem nie tylko czytaniem popkulturowych dzieł literackich, ale i samym pisaniem – tworzyłem (choć to zdecydowanie za duże słowo) liczne opowiadania, spisywanie na kartkach papieru, które zniknęły w czeluściach niepamięci. Przez ten cały czas jednak w mojej głowie świdrowały miriady myśli o napisaniu książki – było to dla mnie niemal namacalne; jak coś ukrytego za granicą cienia; coś co mogłem zrobić, jednakże z jakichś powodów tego nie robię; hej, cały czas są różne marzenia: być aktorem, sportowcem, muzykiem – prawda? Jednak w tym jednym, jedynym przypadku czułem niemal pewność, że jeśli tylko ruszę swoją leniwą, tłustą dupę – jestem w stanie to zrobić. Po napisaniu matury zostałem na rok w domu rodzinnym – po cichu licząc, że w tym czasie błogiego lenistwa i swoistego limbo, w którym się wtedy znalazłem, jestem w stanie napisać pełnoprawną powieść; życie jednak bywa częściej przyziemną prozą niż wzniosłą poezją, a większość czasu spędziłem na uciechach niespiesznego życia, pełnego sportu, czytania, i grania na komputerze. Nie mówię, że było to złe – było to na swój oczywisty sposób przyjemne, jednak nie zapełniało jednej, podstawowej luki, która mnie prześladowała, i dalej mnie prześladuje: podążanie za marzeniem. Pierwszy poważny krok zrobiłem na pierwszym roku studiów – podczas leniwego popołudnia pojechałem do jednej z komercyjnych kawiarni, usiadłem z laptopem i spisałem kilka stron, które siedziały tego dnia w mojej zamotanej głowie – kilka stron przedstawiać miało tragicznego cesarskiego błazna, który skryty pod tarczą cynizmu zmagał się z codziennym szaleństwem – nie trzeba było długo czekać a w głowie nagle miałem tytuł jak i pełne zakończenie, a całe zajście obudziło we mnie pogrzebane cmentarną ziemią marzenia. Projekt rósł i rósł, nabierając coraz poważniejszych kształtów – z początkowego lęku, aby powieść oby nie była za cienka, jestem na etapie, w którym obawiam się, że przygotowywane przeze mnie tomiszcza będą zbyt opasłe. Przez cztery lata studiów skrobałem w dłuższych lub krótszych interwałach, nie będąc jednak do końca z siebie zadowolonym – jako, że wypadkowa ciężkich studiów i iloraz inteligencji wypada zdecydowanie na moją niekorzyść – postanowiłem ostatecznie uczynić bardzo poważny krok: wziąć rok przerwy, by ostatecznie spełnić swoje najpoważniejsze, namacalne marzenie – bo jak nie teraz, to kiedy? Zegar tyka, a presja spełnienia, tego jedynego strzału, szansy, wywarła w mojej duszyczce olbrzymie piętno; wiedziałem, że jeśli nie spróbuje, do końca życia będę z tego powodu nieszczęśliwy. Obecnie spokojnie pracuje nad książką, a poprzez wzięcie metaforycznego, głębokiego wdechu jestem w stanie skrupulatnie i systematycznie realizować kolejne stronnice mojego marzenia. Marzenia to wspaniała rzecz, i nie tylko po to, żeby je mieć. Tyle gadania o sobie, prawda? Co za d***k ze mnie. Przejdźmy do konkretów. Jeśli nadal tu jesteś, szanowana, wytrwała osobo. Tytuł książki, która jeszcze nie powstała, a jest już czymś dużo więcej niż tylko cieniem, to „O cesarzu, słudze, błaźnie.”. Prace nad nią zaczęły się w październiku 2012roku, a skończą się w drugim kwartale 2017roku – cholerny ząb czasu (czy można w ogóle powiedzieć „ząb czasu”?). Choć cholernie nie lubię klasyfikowania gatunkowego, można podpiąć ją pod „low fantasy”. Aczkolwiek najbardziej prawidłowe zaklasyfikowanie powinno brzmieć: taka książka, jaką sam chciałbym najchętniej przeczytać. W mojej głowie jest jeszcze wiele projektów – zamglonych, bardzo wyraźnych lub niemal zupełnie chaotycznych cieni powieści, które mogłyby powstać; na razie chciałbym się jednak skupić na tej jedynej – historii błazna (i nie tylko jego), od którego wszystko się zaczęło. Dlaczego postanowiłem założyć bloga? Psiakrew, no. Ścieżka spełnienia życiowego marzenia to coś niesamowicie ważnego, absolutnie nie do wyrażenia w żadnych miarach czy wartościach. Chciałbym mieć z tego pamiątkę; zbierałem się od kilku miesięcy z nadłożeniem dodatkowej aktywności z tym związanej, ale jednak odpowiednia godzina zegara życia wybiła – jestem tu i teraz, pochylony nad przybrudzoną klawiaturą wysłużonego śmieciolaptopa. Chciałbym mówić o tym, jak idzie pisanie. Jak to się ma z procesem wydawniczym. Mieć z tego nie tylko pamiątkę – oby chwalebną – ale i może coś, co kogoś zainteresuje, co pomoże komuś podążyć swoją krętą ścieżką; a może kogoś zainteresuje moja twórczość czy osoba, i zyskam duszę, która zdecyduje się dać szansę mojej twórczości? Prócz tego… chciałem założyć coś w ten deseń. Lubię się wypowiedzieć na pewne tematy – filmu, gier, książek czy sportu – na które mam płytką, popkulturową wiedzę – wchodzą w zakres moich ścisłych zainteresowań – w końcu kto mi zabroni, nie? Popkulturowa papka zawsze była mi i będzie bliska, więc może moje zdanie pomoże komuś ukierunkować się w jakikolwiek sposób. Będę niewypowiedzianie wdzięczny i wzruszony wielokrotnie, jeśli w jakikolwiek sposób zainteresujesz się tym, co się dzieje z moim projektem. Każde miłe słowo, każdy przejaw zaintrygowania to olbrzymi kop motywacyjny, który pcha ten mały, chybotliwy jacht coraz mocniej do przodu, aż do spełnienia, które jest gdzieś tam, na horyzoncie.
19/04/2026
takie coś psychodeliczne wytrzymał pięć minut chłop