Margo
15/03/2026
Tak napisał mój Radek o Wojciechu Młynarskim,którego 9 rocznica śmierci tego wielkiego Artysty.Wzruszyło mnie to bardzo🥹
W rocznicę śmierci Wojciecha Młynarskiego wracam do historii, która jest dla mnie czymś znacznie więcej niż tylko wspomnieniem o wielkim artyście. To także opowieść o człowieku, który miał ogromny wpływ na moje życie i moją drogę zawodową.
Pisząc te słowa dzisiaj, sam przeżyłem tę historię na nowo. Kilka razy musiałem przerwać pisanie, bo emocje wracały z taką siłą, że łzy same napływały mi do oczu.
Bo to jest historia zaczynająca się od spotkania szesnastoletniego chłopaka z jego artystycznym idolem, a kończąca się wiele lat później dramatycznym konfliktem z Jackiem Kurskim i kierowaną przez niego Telewizją Polską, która chciała wykorzystać nazwisko Młynarskiego wbrew woli jego rodziny.
To także opowieść o walce o pamięć o wielkim twórcy, o presji władzy, o próbach zastraszania i o wydarzeniach, które ostatecznie doprowadziły do drugiego w historii bojkotu Festiwalu Opolskiego.
Dla mnie to jednak przede wszystkim bardzo osobista historia wdzięczności wobec człowieka, który dodał skrzydeł młodemu chłopakowi z aparatem fotograficznym w ręku, zmieniając jego życie.
„W CO SIĘ BAWIĆ?”
Dziewięć lat temu odszedł Wojciech Młynarski.
Był kronikarzem polskiej codzienności i mistrzem inteligentnej satyry, największym poetą polskiej piosenki i jednym z najprzenikliwszych komentatorów naszej rzeczywistości.
W czasach komunizmu pomagał nam rozumieć absurd systemu. Pomagał nam zrozumieć absurd tego systemu, ale przede wszystkim nabrać do niego dystansu, wyśmiewając i celnie, choć w zawoalowany sposób, punktując ten chory porządek.
Po jego upadku z tą samą przenikliwością opisywał świat niby wolny, a jednak wciąż pełen groteski, małości i politycznych, chorych namiętności.
Jego słowa weszły do codziennego języka Polaków. Wielu z nas komentuje rzeczywistość cytatami z jego piosenek, często nawet nie zastanawiając się, skąd pochodzą.
Dla mnie jednak Wojciech Młynarski był kimś więcej niż wielkim artystą.
Był jednym z tych ludzi, którzy naprawdę wpłynęli na moje życie.
Dlatego ta historia jest dla mnie tak osobista.
„Lubmy się trochę, na miłość boską, to przecież nic nie kosztuje”
Miałem szesnaście lat.
Wymyśliłem wtedy coś, co dziś może wydawać się ambitne jak na szesnastolatka, ale w realiach PRL-u było przedsięwzięciem niemal niemożliwym.
Postanowiłem zrobić wystawę swoich zdjęć ludzi sceny, aktorów, piosenkarzy i artystów. Inspiracją był album z podobnymi portretami aktorów z całego świata, który znalazłem w antykwariacie.
Problem polegał na tym, że w tamtych czasach zdobycie filmu do aparatu było niemal cudem.
Film miał trzydzieści sześć klatek. Każda była na wagę złota. Odczynniki potrzebne do wywołania zdjęć także nie były czymś, co można było po prostu kupić.
Kilka nocy spędziłem, stojąc w kolejkach pod sklepem z akcesoriami fotograficznymi, a brakujące odczynniki zdobyłem od znajomego chemika z uczelni i udało mi się zebrać wszystko, by być gotowym do robienia zdjęć. Film miałem tylko jeden, więc miałem trzydzieści sześć szans na dobre ujęcie dziesięciu osób, które zamierzałem fotografować.
Nie mogłem jeździć po Polsce, więc robiłem jedyne, co było możliwe, polowałem w Opolu na artystów, którzy akurat pojawiali się w mieście.
I któregoś dnia dowiedziałem się, że ze swoim recitalem przyjeżdża do Opola Wojciech Młynarski.
Do Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu.
Wziąłem mój aparat Zenit. Do tego ogromny, drewniany statyw. Sam ważyłem może pięćdziesiąt kilogramów, a statyw pewnie ze dwadzieścia.
Jakoś przeczołgałem się z tym sprzętem pod portiernią i znalazłem się na zapleczu teatru, w słynnym korytarzu wyklejonym plakatami spektakli teatralnych i koncertów, które tam się odbywały.
Na jednym z nich był charakterystyczny rysunek postaci Wojciecha Młynarskiego.
Stałem właśnie pod nim i czekałem, uznając, że to jest idealne miejsce, żeby sfotografować mistrza na tle jego plakatów i innych w dalszej perspektywie.
I nagle sam Mistrz się pojawił, zmierzając do garderoby. To była dla mnie jedyna szansa na nawiązanie kontaktu.
Wyobraźcie sobie tę scenę.
Szesnastolatek, który wyglądał raczej na dwanaście lat, podchodzi do jednego z największych artystów w Polsce i bardzo poważnie mówi, że jest fotografem pracującym nad cyklem portretów ludzi sceny i że chciałby, aby Wojciech Młynarski był bohaterem tej wystawy.
A Wojciech Młynarski potraktował mnie jak najważniejszego fotografa w Polsce.
Z pełną powagą powiedział, że oczywiście jest mu bardzo miło. Zapytał też, czy ma pozować w garniturze scenicznym, czy w ubraniu prywatnym.
Byłem w totalnym szoku.
Pozował w garniturze scenicznym. W trakcie przyszła pani inspicjent, mówiąc, że już powinien szykować się do próby. Pan Wojciech odpowiedział, że jest teraz w trakcie bardzo ważnej dla niego sesji fotograficznej i dołączy na próbę, gdy skończy.
Wyobrażacie sobie, jak ja się wtedy czułem. I pewnie również dzięki temu zdjęcia wyszły wspaniale.
Ale najważniejsze było coś innego.
To spotkanie dodało mi takich skrzydeł, że niedługo później zacząłem publikować swoje zdjęcia w prasie. Potem pisać i już rok później recenzowałem dla mediów konfrontacje teatralne, koncerty i inne wydarzenia.
Tak zaczęła się moja droga dziennikarska.
Dlatego bez przesady mogę dziś powiedzieć, że Wojciech Młynarski jest jednym z ojców chrzestnych mojej zawodowej drogi.
Pierwszą matką chrzestną była natomiast, nieświadoma tego wtedy, studentka szkoły teatralnej Danuta Stenka.
Ale to już jest zupełnie inna, piękna historia na inne wspomnienie.
„RÓBMY SWOJE, pewne jest to jedno, że robić swoje trzeba!”
Ta historia ma jeszcze jedną klamrę.
Kiedy dziewięć lat temu Wojciech Młynarski odszedł, poczułem, że jego życie powinno zostać uhonorowane specjalnym koncertem poświęconym jego pamięci.
I że trudno o lepsze miejsce niż Opole.
Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu.
To właśnie tam przez lata wykonywano jego piosenki. Tam sam występował. Tam stworzył jedną z najbardziej niezwykłych konferansjerek w historii festiwalu.
Rok wcześniej udało mi się zrealizować kilka koncertów festiwalowych bez ingerencji Jacka Kurskiego i jego ekipy. Było to możliwe dlatego, że udało nam się stworzyć szeroki front wpływowych ludzi z różnych środowisk, którzy ponad partyjnymi podziałami potrafili wymusić na Kurskim, aby od festiwalu opolskiego po prostu się odczepił.
„Przyjdzie walec i wyrówna”
Tym samym frontem postanowiliśmy spróbować doprowadzić do powstania koncertu poświęconego Wojciechowi Młynarskiemu.
Koncertu mojego scenariusza i mojej reżyserii.
Miał to być wieczór traktowany trochę jak wydarzenie eksterytorialne, wyspa kultury pośrodku propagandowej telewizji. Wiedziałem przecież, że wielu artystów nie chciało już wtedy występować w TVP. I mieli do tego słuszne powody.
Ale wierzyłem, że dla Młynarskiego wszyscy zrobimy wyjątek.
„W Polskę idziemy, drodzy panowie, w Polskę idziemy!”
Kiedy sprawa trafiła do Kurskiego, jego reakcja była gwałtowna.
Zaczął podobno wykrzykiwać, że nie będzie robił „fety dla jakiegoś kodziarza”.
Nawiązywał w ten sposób do tego, że jego zdaniem najnowsza twórczość Młynarskiego mogła sympatyzować ze środowiskami takimi jak Komitet Obrony Demokracji.
Słowa „feta” i „kodziarz”, wypowiadane z wściekłością przez prezesa Telewizji Polskiej pod adresem jednego z największych twórców polskiej piosenki, wprawiły w zażenowanie nawet jego najbliższych współpracowników.
„Och ty w życiu, ty mordo moja!”
Ale presja szerokiego frontu ludzi, którzy mieli wpływ na Kurskiego, znowu okazała się skuteczna.
Musiał się ugiąć.
Zgodził się na organizację koncertu.
Dopiero wtedy zacząłem układać listę artystów i rozmawiać z tymi, którzy powinni się na takim koncercie znaleźć.
Jedną z pierwszych osób był Michał Bajor. Sam mówił o Wojciechu Młynarskim m.in. tak: „Młynarski był sumieniem polskiej piosenki. Mówił to, co wielu z nas myślało, ale nie potrafiło tak celnie nazwać.”
Rozmawialiśmy długo o tym, kto jeszcze powinien wystąpić i o wątpliwościach Michała, czy w ogóle taki koncert w TVP*S powinien się odbyć.
Po jakimś czasie Michał zadzwonił ponownie i powiedział, że powinienem porozmawiać z Agatą Młynarską. Bo istnieje duże prawdopodobieństwo, że Wojciech Młynarski nie chciał pośmiertnego koncertu w Opolu.
Zadzwoniłem.
Agata, która m.in. tak mówiła o Mistrzu: „Tata był kronikarzem polskiej duszy”, w długiej rozmowie podziękowała mi za dobre intencje i za walkę, którą stoczyłem o ten koncert. Ale powiedziała jasno, że jej ojciec nie chciał takiego wydarzenia.
Moja reakcja była natychmiastowa.
Odpowiedziałem, że oczywiście uszanujemy wolę Wojciecha Młynarskiego.
Koncert nie powstanie.
Wysłałem taką informację do TVP.
„RÓBMY SWOJE”
I wtedy wydarzyło się coś, co do dziś trudno opowiadać bez emocji.
Ten sam Kurski, który wcześniej wykrzykiwał, że nie będzie robił fety dla kodziarza, nagle powiedział:
„Nie będą nam tu Młynarscy mówić, czy będziemy robić koncert o ich ojcu”.
To był szok nawet dla jego współpracowników.
Tłumaczyli mu, że nikt poważny nie wystąpi na koncercie poświęconym Młynarskiemu wbrew woli jego rodziny.
Na to Kurski miał odpowiedzieć spokojnie:
„To wystąpią uczestnicy Voice of Poland. Oni w umowie mają, że muszą występować tam, gdzie im powiemy”.
Kiedy zwrócono mu uwagę, że rodzina ma zastrzeżony znak „Wojciech Młynarski” i nie będzie można nawet używać imienia i nazwiska do promocji koncertu, pomyślał chwilę i zaproponował rozwiązanie, z którego był wyraźnie dumny.
„Na telebimie wyświetlimy zdjęcie Młynarskiego z napisem „Róbmy swoje” i zrobimy, co chcemy wbrew rodzinie”, miał powiedzieć Kurski, tak zachwycony swoim pomysłem, że chwalił się nim później wielu osobom.
Dla mnie był to moment graniczny.
Ogłosiłem publicznie, że odmawiam realizacji koncertu poświęconego Wojciechowi Młynarskiemu wbrew woli jego rodziny.
I że wycofuję się z festiwalu opolskiego, rezygnując też z innych koncertów, które miałem tworzyć.
I to był jeden z punktów zapalnych, który rozniecił bojkot imprezy, doprowadzając do tego, że drugi raz w historii festiwal się nie odbył. Pierwszy raz w stanie wojennym, gdy w Polsce rządził Jaruzelski, a drugi w stanie pisowskim, gdy Polską rządził Kaczyński, a TVP Kurski.
„W co się bawić? W co się bawić? Bawić się, to piękne jest, to każdy wie!
W co się bawić? W co się bawić?
Kiedy bawić nie ma się już w co i gdzie?”
Potem zaczęły się represje.
Politycy P*S zorganizowali konferencję pod opolskim ratuszem i zażądali powołania komisji śledczej, która miałaby zbadać mój wpływ na odwołanie festiwalu oraz rzekome środowisko artystów skupionych wokół mnie, z którym razem mieliśmy chcieć „zniszczyć festiwal”.
Pisowskie media rozszalały się w atakach i teoriach spiskowych.
W tym czasie ludzie wynajęci przez Kurskiego próbowali przekupywać artystów, oferując miliony za rezygnację z bojkotu, a gdy to się nie udało, Kurski ogłosił, że przeniesie festiwal opolski do Kielc.
Brzmi to jak scenariusz z filmu Stanisława Barei, ale taka była rzeczywistość.
Jedna z osób związanych z P*S zadzwoniła do mnie i powiedziała, że jeśli nie wycofam się z bojkotu i nie przestanę namawiać innych artystów do bojkotu, zostanę zniszczony materiałami na mój temat.
Kiedy odmówiłem, do mediów rozesłano anonimowy paszkwil w stylu ubeckich pomówień.
Później dziennikarze ustalili, że wyszedł z komputera TVP w Opolu.
Zaczęto utrudniać mi życie zawodowe na wszelkie możliwe sposoby.
Odebrano mi programy, które przez lata współtworzyłem.
Na planie jednego z nich pożegnałem się z ekipą i współpracownikami z TVP, zapraszając wszystkich na rosół z kury.
Na wielkim garze była kartka:
„Na rosół z Kury zaprasza Radek Kobiałko”.
Dla wielu było jasne, że była to aluzja do ksywki Jacka Kurskiego. Bo nim mówi się „Kura”.
Zdjęcie tego gara wrzuciłem do internetu.
Obiegło całą TVP.
Kurski podobno wpadł w szał, gdy je zobaczył, i rzucił smartfonem o ścianę.
A jego ludzie zaczęli mnie straszyć, że zostanie złożone zawiadomienie do prokuratury o groźbie karalnej. On sam miał stwierdzić podobno, że tym dowcipem z garem rosołu tak naprawdę groziłem mu śmiercią.
„Jeszcze w zielone gramy”
Dlatego wracam do tej historii w rocznicę śmierci Wojciecha Młynarskiego.
Bo to on pomagał nam przetrwać i oswajał satyrą absurdy pzpr-owskiego komunizmu.
A pisowcy doprowadzili te same absurdy w ich późniejszym wydaniu do jeszcze wyższego poziomu bareizmów wiecznie żywych.
Dla mnie ta historia ma jeszcze jeden wymiar.
Wciąż mam w pamięci szesnastoletniego siebie z aparatem Zenit na szyi i drewnianym statywem, stojącego w korytarzu Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu i czekającego z nadzieją na Wojciecha Młynarskiego.
Nie miałem wtedy pojęcia, że to spotkanie stanie się jednym z tych momentów, które zmienią moje życie.
A potem, wiele lat później, przyszło mi walczyć o to, aby pamięć o tym niezwykłym człowieku i artyście nie została zbrukana, a jego twórczość i wizerunek wykorzystane wbrew woli rodziny.
Dlatego dziś wspominam Wojciecha Młynarskiego nie tylko jako wielkiego twórcę.
Wspominam go także jako człowieka, który miał realny wpływ na moje życie.
I którego pamięci broniłem wtedy, gdy inni chcieli zrobić z niej propagandowy dekor, chociaż tak mogąc się odwdzięczyć za jego inspirującą twórczość i za to, co dla mnie osobiście zrobił.
"Dzieci-wolne ptaki"- słowa i muzyka Margo
Z potrzeby serca wpłynęła chęć napisania i zaśpiewania piosenki o moich dzieciach na edukacji domowej. Uczymy się nie tylko w domu, ale czerpiemy energię z podróży, poznawania nowych ludzi, miejsc i dzielimy się nią z innymi🍀 Łapcie trochę ciepła, słuchajcie i udostępniajcie, będzie mi bardzo miło🍀💚
No to na zakończenie serii z naszym hitem "Groove me" jeszcze jedno cudownie odnalezione na dysku wideo💽💾🕹️📲🚀🎙️🔊💥
To występ z 2005 roku w telewizyjnym show "Stratosfera" w TVP 1‼️📺
Zagraliśmy tam premierowo utwory z naszej płyty Da Luxe i udzieliliśmy pierwszego wywiadu całym zespołem🎙️🔊 Może wrzucę tutaj też kiedyś cały ten wywiad😉
Cieszę się, że tylu z Was ma tak fajne wspomnienia z moimi piosenkami z tamtych czasów i, że one odżywają, tak jak moje, dzięki tym wideo z mojego dysku💽🕹️💾📲📺
Haga clic aquí para reclamar su Entrada Patrocinada.
Categoría
Página web
Dirección
Estepona